Przywołanie to jedna z tych komend, które na papierze wyglądają niewinnie, a w życiu decydują o wszystkim. Między „wrócił na wołanie” a „poleciał za sarną na drogę” jest cienka granica – i właśnie tę granicę budujemy treningiem.

Kiedy pracuję z opiekunami w terenie, bardzo często słyszę: „On przecież wie, co znaczy do mnie, tylko akurat teraz go to nie interesuje”. I zwykle mają rację – pies zna słowo, ale nie widzi powodu, żeby z niego skorzystać. Dlatego przywołanie zaczynam rozumieć nie jako „komendę”, tylko jako umowę między psem a człowiekiem: ja wołam, ty przybiegasz, oboje na tym wygrywamy.

Dobrze zbudowane przywołanie daje psu realną wolność. Moje własne psy mogą biegać luzem tam, gdzie jest to bezpieczne i zgodne z przepisami, właśnie dlatego, że wiem: kiedy je zawołam, zawrócą, nawet jeśli przed chwilą wyczuły kuszący trop. A wybiegany pies to spokojniejszy pies w domu i dużo mniej „atrakcji” na kanapie.

Jak naprawdę działa nauka przywołania

Zanim zaczniemy wołać psa na łące, warto zrozumieć, co się dzieje w jego głowie i… mięśniach. Tak, w mięśniach.

Cały proces opiera się na dwóch mechanizmach:

Po pierwsze – warunkowanie klasyczne.
Łączę konkretny sygnał (słowo, gwizdek, melodię) z przyjemnością – jedzeniem, zabawą, możliwością pogoni za zabawką. Jeśli robię to konsekwentnie, organizm psa zaczyna reagować jak na odruch: słyszy sygnał i zanim „pomyśli”, jego mięśnie już ustawiają się w stronę opiekuna. To jest właśnie coś w rodzaju psiej pamięci mięśniowej – ciało reaguje szybciej niż głowa.

Po drugie – warunkowanie instrumentalne.
Pies uczy się: „Przybiegam = opłaca mi się. Zawsze.” Dostaje coś, co ma dla niego dużą wartość – i to nie może być ta sama karma, którą ma w misce codziennie wieczorem. To powinien być „święty Graal”, który istnieje tylko przy przywołaniu: kawałki mięsa, wyjątkowo pachnące smaczki, szarpak, piłka na sznurku. Dzięki temu jego wewnętrzny kalkulator podpowiada: „Porzucenie zapachu sarny też może się opłacać”.

Kiedyś pracowałam z młodym beagle’em, który przy pierwszym spotkaniu wracał… tylko wtedy, gdy nie było nic ciekawszego w okolicy. Po kilku tygodniach bardzo skrupulatnej pracy nad skojarzeniami – dźwięk = natychmiast fantastyczna nagroda – zaczęłam widzieć, jak po komendzie jego ciało dosłownie „skręca” w moją stronę, zanim jeszcze oderwie nos od ziemi. To jest właśnie efekt dobrze zbudowanego odruchu.

Szczeniak a dorosły pies – kiedy zacząć i z czego skorzystać

Jeśli masz w domu szczeniaka, jesteś w komfortowej sytuacji. Maluchy mają naturalny hamulec oddalania się i bardzo silny instynkt podążania za opiekunem jako gwarancją bezpieczeństwa. To „okno” trwa tylko kilka pierwszych tygodni i grzechem jest go nie wykorzystać.

Kiedy biorę szczeniaka na pierwszy spacer w bezpiecznym miejscu, często po prostu… chodzę. Bez wielkich komend. Zmieniam kierunki, lekko się oddalam, a on jak cień podąża za mną, bo „jego człowiek” jest punktem odniesienia. Z czasem zaczynam dokładać do tego krótkie, radosne hasło przywołujące i od razu nagradzam podejście.

U dorosłego psa, takiego jak mój emerytowany chart czy owczarka Asta, z którą pracowałam w terenie, ten naturalny hamulec już słabnie albo znika. Proces jest dłuższy, ale zasada ta sama: jasny sygnał, silna nagroda, dużo powtórek w bezpiecznym środowisku.

PRO TIP: młode psy uczą się przywołania niemal „przy okazji” wspólnych spacerów – jeśli od początku pozwolisz im ćwiczyć podążanie za tobą, zamiast stale prowadzić na napiętej smyczy.

Pierwsze kroki w domu: spokojne miejsce, wyjątkowa nagroda

Zawsze zaczynam naukę przywołania w miejscu, które pies zna i w którym nic go szczególnie nie rozprasza – w mieszkaniu, na klatce schodowej, w ogrodzie. Chodzi o to, żeby miał szansę wygrać, a nie natychmiast przegrać z zapachem sarny.

Wygląda to mniej więcej tak:

  1. Pies jest kilka kroków ode mnie, zajmuje się czymś mało ekscytującym.
  2. Wołam go radosnym tonem, używając jego imienia i wybranego słowa-komendy.
  3. Kiedy tylko ruszy w moją stronę – chwalę, gdy dochodzi – wypada „jackpot”: super smaczek albo krótka, intensywna zabawa.

Nie używam tutaj codziennej karmy. To muszą być nagrody specjalne, dostępne tylko za przywołanie. U wielu psów fantastycznie sprawdza się szarpak albo piłka na sznurku – można szybko zagrać mini „pogoń”, po czym zabawka znowu znika do kieszeni.

Kiedyś prowadziłam konsultację w mieszkaniu 30 m² z dwoma psami – opiekunka była przekonana, że „tu się nie da niczego ćwiczyć”. Po 10 minutach wołania na kilka kroków, z naprawdę genialnymi smaczkami, oba psy zaczęły wręcz „polować” na moment, kiedy znów wypowie się komendę. Miejsce naprawdę ma drugorzędne znaczenie – liczy się kontrola nad bodźcami.

Słowo-komenda, imię i gwizdek – jakiego sygnału używać

Tu wchodzimy w detal, który robi ogromną różnicę: jakie słowo wybrać i jak go używać.

Imię psa traktuję jak reflektor – ma sprawić, że pies skieruje uwagę na mnie: „Luna…?” – i dopiero wtedy daję sygnał przywołania. Bardzo pilnuję, żeby imię nie pojawiało się w negatywnych sytuacjach. Jeśli słyszysz od siebie „Fado, nie!”, „Fado, przestań!” – to sygnał ostrzegawczy bardziej dla ciebie niż dla psa. Po kilku takich powtórkach imię może kojarzyć się z nieprzyjemnością, a nie z czymś, do czego chce się biec.

Drugim elementem jest wyjątkowe słowo-komenda. Unikam wyrażeń, które wypowiadamy dziesiątki razy dziennie („chodź”, „do mnie”). Jeśli pojawiały się wcześniej, często są już dawno „zdewaluowane”. Lepiej wybrać coś, czego na co dzień prawie nie mówisz – np. „tu!”, „wróć!”, „gazik!”.

Bardzo dobrze sprawdza się łączenie imienia z tą wyjątkową komendą, np. „Mila, tu!”. Dla psa to jasny, złożony sygnał: najpierw „to do ciebie mówię”, potem „przybiegasz natychmiast”.

Gwizdek – turbo-sygnał na odległość

Gwizdek traktuję jak specjalny, bardzo mocny sygnał awaryjny. U wielu psów działa lepiej niż słowo, bo:

  • dźwięk jest zawsze taki sam (emocje nie „barwią” go jak głosu),
  • jest lepiej słyszalny na dystansie,
  • łatwo ułożyć krótką, powtarzalną „melodię”, której pies nie pomyli z niczym innym.

Zawsze zaczynam od klasycznego warunkowania gwizdka: przez kilka dni, kilka razy dziennie – gwizdnięcie (konkretny wzór, np. dwa krótkie + jeden długi) i od razu najlepsza nagroda. Bez oczekiwania konkretnego zachowania. Pies ma tylko zrozumieć: „Ten dźwięk ZAWSZE zapowiada coś fantastycznego”.

Dopiero później dokładam do tego ruch: gwizdek → pies rusza w moją stronę → nagroda. Z czasem ten dźwięk staje się czymś w rodzaju „superkomendy”, która przebija nawet sporo rozproszeń.

Pamiętam labradora, z którym pracowałam na dużych łąkach. Komenda słowna działała tak sobie, ale po dwóch tygodniach pracy z gwizdkiem wystarczył jeden sygnał – i pies dosłownie odrywał się od tropu jak od magnesu.

Plan treningowy krok po kroku – od salonu do łąki

Lubię traktować przywołanie jak projekt: ma swoje etapy, cele i jasną strukturę. Dzięki temu nie gubisz się w „on czasem wraca, czasem nie”.

Na początku korzystam z linki treningowej (taśmy) 10–15 m. To kompromis między bezpieczeństwem a poczuciem wolności. Pies może się oddalić, ale nie zniknie za horyzontem.

Zaczynam od krótkich sesji na niewielkim dystansie:

  • 2–3 razy dziennie,
  • po kilka minut,
  • około 10 powtórzeń komendy w jednej sesji.

Najpierw prawie bez rozproszeń – ogród, spokojny skwer, pusta łąka. Wołam tylko wtedy, gdy mam realną szansę na sukces. Jeśli widzę, że pies właśnie „wsiadł w nos” i wciąga go trop – to nie jest moment na pierwsze testy.

Kiedy podstawy są opanowane, stopniowo:

  • zwiększam dystans (do pełnych 10–15 m linki),
  • wprowadzam pojedyncze bodźce: pojedynczy pies daleko, jedna osoba, nowy teren,
  • mieszam miejsca i pory dnia, żeby przywołanie nie działało tylko „na tej jednej polanie”.

Świetnym ćwiczeniem jest praca w duecie: dwie osoby z jedną zabawką. Jedna bawi się z psem – szarpak, piłka. Druga w tym czasie odchodzi kilka metrów, woła psa wyjątkowym słowem, po czym to ona uruchamia zabawkę. Po kilku powtórkach pies zaczyna „biegać w wahadle” między osobami, bo uczy się, że ten, kto woła, ma nagrodę.

Kiedyś robiłam taką zabawę z dziećmi i rodzicami na wspólnym spacerze edukacyjnym. Po 15 minutach rodzinne przywołanie działało lepiej niż jakiekolwiek moje instrukcje – pies dosłownie radośnie „polował” na możliwość przybiegnięcia.

Krótko w tabeli

Element treningu Podstawowy etap Zaawansowany etap
Odległość Kilka metrów (bliskie) 10–15 metrów
Liczba powtórzeń Około 10 na sesję 5–15 na sesję
Częstotliwość sesji 2–3 razy dziennie 2–3 razy dziennie
Długość sesji Kilka minut Kilka minut
Typ sprzętu Taśma szkoleniowa 10–15 m Taśma szkoleniowa 10–15 m
Stopień rozproszeń Minimalne Kontrolowane, różnorodne

PRO TIP: lepiej zrobić trzy krótkie, udane sesje dziennie niż jedną długą, w której pies w połowie traci głowę i motywację.

Trudniejsze warunki: zapachy, inne psy i „trop sarny”

Prawdziwy test przywołania zaczyna się wtedy, gdy wchodzi w grę prawdziwe życie: zapachy dzikich zwierząt, psy, ludzie, rowery. Tu bardzo pomaga stopniowanie trudności i kilka zaawansowanych trików.

Jednym z nich jest ćwiczenie przywołania podczas pracy węchowej. Na przykład pies złapał świeży trop sarny – widzę, że jest „zanurzony” w zapachu. Wołam go na linkę. Kiedy wróci, nie daję smaczka. Nagrodą jest… ponowne pozwolenie na wejście w trop. W ten sposób uczę go, że:

  • przywołanie nie zawsze „odcina” od fajnych rzeczy,
  • czasem krótki powrót do mnie jest tylko przerwą, po której może wrócić do węszenia.

To ćwiczenie mocno męczy psychicznie, a jednocześnie buduje odporność na rozproszenia.

UWAGA: takie zabawy wprowadzam dopiero, gdy pies ma już solidnie opanowane przywołanie w łatwiejszych warunkach. Wcześniej brak „tradycyjnej” nagrody mógłby mu tylko zamieszać.

U psów, szczególnie samców, dochodzi jeszcze jeden element: instynkt sprawdzania statusu społecznego. Często widzę sytuację, w której młody samiec na widok innego psa natychmiast „zapomina”, że ma człowieka. Dla jego mózgu ważniejsze staje się ustalenie, „kto tu rządzi” z tamtym psem, niż powrót do opiekuna. Jeśli więź z człowiekiem jest słaba, przywołanie przegrywa. W takich przypadkach równolegle z technicznym treningiem pracuję nad relacją: wspólne aktywności, zabawa, jasne zasady w domu – tak, by człowiek zajął wysokie miejsce w hierarchii ważności bodźców.

Co robię, gdy pies „ma mnie w nosie”

Prędzej czy później przychodzi ten moment: wołasz, a pies nawet nie drgnie. Zdarza się to każdemu, także osobom, które szkolą psy zawodowo.

Kluczowa zasada brzmi: nie udajemy, że nic się nie stało i nie powtarzamy bez końca komendy, która właśnie traci wartość.

W praktyce wygląda to tak:

  • Na spacerze pies idzie na lince 10–15 m.
  • Wołam go raz, wyraźnie.
  • Jeśli nie reaguje – zatrzymuję się, skracam linkę, delikatnie „przypominam” sygnałem linki, zachęcam ruchem ciała (odejście, klaśnięcie, przykucnięcie), pomagając mu podjąć decyzję.
  • Kiedy do mnie dojdzie – i tak dostaje nagrodę, bo chcę wzmocnić sam fakt, że ostatecznie wrócił.

Jeśli sytuacja powtarza się często, wracam z treningiem poziom niżej: łatwiejsze warunki, mniejsze rozproszenia, mocniejsze nagrody.

Celowo nie wołam psa w sytuacjach, w których niemal na pewno nie przyjdzie – np. kiedy jest w samym środku dzikiej gonitwy z innymi psami na psim wybiegu. Wtedy podchodzę, spokojnie go odpinam z tej sytuacji i dopiero w większym spokoju ćwiczę przywołanie.

PRO TIP: nie przywołuj psa wyłącznie po to, żeby założyć smycz i wrócić do domu. Jeśli za każdym razem po komendzie kończy się zabawa, pies szybko zrozumie, że to „koniec frajdy”. Wołaj też po to, żeby dać smaczek, chwilę się pobawić… i puścić psa dalej.

Jak używać ciała, nie tylko słów

Nasza mowa ciała ma dla psa ogromne znaczenie. Zdarza się, że opiekun woła psa, jednocześnie pochylając się do przodu, wyciągając ręce w jego stronę i napinając ciało – dla człowieka to zachęta, dla psa bywa to sygnał: „coś tu jest nie tak”.

Dużo lepiej działa:

  • lekkie odbieganie od psa w wyprostowanej postawie,
  • ruch w przeciwną stronę niż pies,
  • radosny ton, a nie piskliwy krzyk.

W ten sposób uruchamiamy instynkt pogoni – pies biegnie za uciekającym człowiekiem, zamiast uciekać przed „łapiącym”.

Pamiętam jedną konsultację w parku, gdzie młoda suczka konsekwentnie uciekała, gdy tylko opiekunka się do niej pochylała. Wystarczyło zmienić strategię: krok w tył, dwa kroki w bok, lekkie odbieganie – i nagle pies zaczął ją „gonić”, zamiast się oddalać.

Najczęstsze błędy opiekunów – z pola walki

Po latach pracy widzę kilka powtarzających się wzorców, które skutecznie rozwalają przywołanie:

Brak konsekwencji.
Raz nagroda, raz nic, raz złość, raz zachwyt. Dla psa to kompletna loteria. Jeśli przychodzenie raz się „opłaca”, a raz kończy się karą, dlaczego miałby ryzykować?

Za trudne warunki na start.
Nauka przywołania w parku pełnym psów, dzieci i rowerów to jak nauka tabliczki mnożenia na egzaminie z matematyki wyższej. Najpierw dom, ogród, ciche miejsce. Dopiero potem coraz więcej bodźców.

Karanie za przyjście.
Pies wraca, opiekun jest zdenerwowany („Ile ja za tobą biegałam!”) i zaczyna go besztać. Z punktu widzenia psa jedyne, co skojarzy, to: „przyszedłem = zrobiło się nieprzyjemnie”. Następnym razem po prostu nie zaryzykuje. Nawet jeśli pies przed przyjściem zrobił coś, z czego nie jesteś zadowolona, za sam powrót zawsze dziękuj mu nagrodą.

Ciągłe używanie imienia w negatywnym kontekście.
„Borys, nie!”, „Borys, przestań!”, „Borys!” z irytacją. Po pewnym czasie imię staje się czymś, czego lepiej unikać.

Wołanie tylko na koniec spaceru.
Jeśli jedyne skojarzenie z przywołaniem to „koniec lasu, smycz i do domu”, pies będzie je ignorował tak długo, jak się da. Dlatego regularnie wołam psy w środku spaceru, nagradzam i… znowu puszczam. Koniec wyjścia sygnalizuję innym rytuałem (np. smycz + spokojny marsz do wyjścia).

Zasady skutecznego przywołania – w praktyce

Gdybym miała zebrać całą wiedzę o przywołaniu w kilku zdaniach, brzmiałoby to tak:

  • Konsekwencja ponad wszystko. Ta sama komenda, ta sama struktura: sygnał → podejście → nagroda. Bez wyjątków „bo dziś nie mam smaczków”.

  • Nagrody, które naprawdę się liczą. Coś, czego pies nie dostaje przy innych okazjach. U wielu psów znacznie lepiej niż jedzenie działa krótka, intensywna zabawa szarpakiem czy pogonią za piłką na sznurku.

  • Krótkie, częste sesje. Raczej kilka minut, 2–3 razy dziennie, niż długa godzinna „męczarnia” raz w tygodniu.

  • Stopniowanie trudności. Zanim wyjdziesz w dziki las, upewnij się, że pies reaguje w domu, na ogrodzie, na cichym polu i dopiero potem w miejscach coraz bardziej wymagających.

  • Brak kar za przyjście. Nawet jeśli pies emocjonalnie „narozrabiał”, skup się na tym, że wrócił – bo to właśnie chcesz utrwalać.

Dzięki temu przywołanie staje się dla psa czymś tak automatycznym, jak dla nas odruch sięgnięcia po telefon, gdy słyszymy znajomy dzwonek.

Ile trwa nauka i gdzie najlepiej ćwiczyć

Często pytacie mnie podczas konsultacji: „Ile to zajmie?”. Nie ma jednej odpowiedzi, ale jeśli ćwiczysz codziennie, w sposób przemyślany, pierwsze bardzo wyraźne efekty przychodzą zwykle po kilku tygodniach.

Na początku stawiam na:

  • dom, mieszkanie, klatka schodowa – tu pies ma najmniej rozproszeń,
  • potem ogród, spokojny skwer, cicha łąka,
  • dopiero po solidnym fundamencie – parki, lasy, miejsca z ludźmi i psami.

Z moich obserwacji wynika, że szczeniaki łapią zasady błyskawicznie, ale równie szybko się rozpraszają i męczą. Z dorosłymi psami bywa odwrotnie: potrzebują więcej czasu na przełamanie starych nawyków, ale kiedy już „załapią”, trzymają te schematy solidnie.

Na jednym z kursów miałam w grupie 5-miesięcznego szczeniaka i 7-letnią suczkę po przejściach. Po trzech tygodniach pracy szczeniak reagował szybciej, ale to dorosła suczka w lesie przychodziła bardziej niezawodnie – właśnie dlatego, że jej opiekunka była żelaznie konsekwentna.

Dlaczego przywołanie daje psu więcej wolności, a nie mniej

Czasem słyszę obawy: „Jak go nauczę idealnego przywołania, to będę go ciągle wołać i kontrolować”. W praktyce dzieje się odwrotnie.

Kiedy wiesz, że pies naprawdę wróci na sygnał:

  • możesz częściej zdejmować smycz tam, gdzie jest to bezpieczne,
  • mniej się stresujesz każdym rowerem, biegaczem, innym psem na horyzoncie,
  • odpuszczasz drobiazgi, bo najważniejsze – powrót na zawołanie – masz opanowane.

Pies ma więcej swobody eksplorowania, węszenia, biegania, a w domu jest spokojniejszy, bo jego naturalne potrzeby ruchu i badania świata są zaspokojone. To właśnie paradoks przywołania: im lepsza kontrola, tym więcej realnej wolności.

Najczęstsze pytania opiekunów (FAQ)

Jak zacząć przywołanie u szczeniaka?
Zacznij w cichym, bezpiecznym miejscu. Pozwól maluchowi swobodnie się oddalać na kilka kroków, a potem z radosnym tonem zawołaj go imieniem + wyjątkową komendą. Kiedy tylko ruszy w twoją stronę, pochwal, a gdy dojdzie – daj naprawdę świetną nagrodę. Kilka takich mini-sesji dziennie buduje skojarzenie: „podejście do człowieka = samo dobro”.

Co zrobić, jeśli pies ignoruje komendę na spacerze?
Na razie nie traktuj go jak psa „bez smyczy”, tylko wróć do pracy na lince treningowej. Wołaj go w chwilach, gdy masz szansę na sukces, nie w środku dzikiego węszenia czy zabawy w grupie psów. Jeśli zignoruje – skróć linkę, pomóż mu wrócić, nagródź i obniż poziom trudności. Stopniowo przenoś ćwiczenia w coraz trudniejsze miejsca, ale zawsze tak, żeby pies miał możliwość wygrać.

Jak wprowadzić gwizdek jako komendę przywołania?
Najpierw przez kilka dni po prostu gwizdaj zawsze tę samą, krótką „melodię” i od razu podawaj najlepszą nagrodę, bez żadnych oczekiwań. Kiedy pies na sam dźwięk zacznie się ożywiać i szukać cię wzrokiem, dołóż ruch: gwizdek → pies przybiega → nagroda. Ćwicz regularnie w domu, potem w ogrodzie, a dopiero na końcu w bardziej rozpraszającym terenie. Dzięki temu gwizdek stanie się dla psa jasnym, mocnym sygnałem: „biegnę natychmiast – zawsze mi się to opłaca”.

Jeśli miałabym zostawić cię z jedną myślą, byłaby to ta: przywołanie nie jest jedną komendą, tylko całym systemem skojarzeń, emocji i doświadczeń psa z tobą. Im mądrzej go zbudujesz, tym spokojniej będzie się wam żyło – i to przez całe psie życie.